Rozdział niezbyt długi, ale jestem z niego raczej zadowolona. Proszę wybaczyć niewielką ilość opisów miejsc; jest tak mało dialogów, że nie miałam serca przedłużać kolejnymi akapitami. Nie chcę zanudzać. Obiecuję jednak popracować nad światem przedstawionym w następnej części :).
Tymczasem serdecznie zapraszam do lektury, wyrażania swojej opinii i wytykania błędów! Mam niewielkie problemy z Wordem, więc nie wszystkie literówki czy potknięcia podkreślał, tak się będę bardzo wdzięczna o przedstawienie mi "byków".
Muffinka
Zuzia siedziała przy oknie swojego nowego pokoju, z policzkiem opartym o zimną szybę. Pogrążona w głębokim śnie umęczonej niesprawiedliwością przeprowadzki i obecności nowego mężczyzny mamy, nawilżała szkło oddechem. Krótkie włosy tuż przed zaśnięciem potraktowała utrwalającym lakierem, przez co fryzura ukształtowała się zgodnie z jej pozycją. Zwykle podtrzymywana wsuwką na skosie grzywka sterczała teraz do góry, tworząc skojarzenie z Elvisem Prasley'em.
- Dzień dobry!
Dziewczyna poderwała się gwałtownie, uderzając czołem w szybę. Na podwórzu, po drugiej stronie okna, stała niska, tęga nastolatka i uśmiechała się do Zuzanny promiennie. Białowłosa kobieta zamknęła szybko usta i odsunęła się od okna. Usiadła na piętach; wąskie, jednoosobowe łóżko umieściła tuż pod parapetem. Pokój nie był zbyt duży, stanowczo mniejszy niż ten gdyński. Przenieśli się do Gdańska Głównego, gdzie mieszkania nie należały do najtańszych, wybrali więc jedno z mniejszych.
Nastolatka za oknem nie przestawała się uśmiechać. Wyglądała co najmniej dziwnie; czarne jak węgiel włosy upięła w okrągłego koka z boku głowy, pośrodku którego widniał duży, żółty kwiat, przecinany na skos dwiema japońskimi szpilami. Jej szczupłe policzki bardzo mocno podkreślał róż, zupełnie niepasujący do pomarańczowej, sweterowej sukienki z golfem. Zuza uniosła wysoko brwi, czując, jak drżą jej usta - oznaka przychodzącego wybuchu śmiechu.
- Dobry – odpowiedziała jednak grzecznie, otworzywszy okno. Zabawna dziewczyna pomachała jej dłonią, w której brakowało palca wskazującego.
- Jestem Aga! – zaszczebiotała czarnowłosa radośnie.
- Eee… Zuzia – odpowiedziała Zuzanna. Spojrzała niepewnie na ubytek w ręce nowo poznanej.
- Zuza!
- Zuzia – warknęła gniewnie, usiadłszy na szerokim parapecie. Choć obiecała sobie zabić każdą osobę, która nazwie ją „Zuzą”, to jednak ta specyficzna postać dość ją zaintrygowała. „Zuzą” była tylko i wyłącznie dla ojca, gdy jeszcze rzeczywiście był tatą.
- Przepraszam!
- Czy musisz tak krzyczeć?
- Nie muszę!
Zuzanna uniosła brwi, mając ochotę uderzyć otwartą dłonią w czoło. Dziewczyna naprzeciw niej wydawała się być jej rówieśnicą, a entuzjazm wkładany w każde wypowiedziane słowo i ten nieznikający uśmiech, odmładzał ją o co najmniej piętnaście lat. Czuła w duszy, że nie polubi tego stworzenia, cokolwiek ono od niej chce.
- Masz do mnie jakąś sprawę? Chcesz pożyczyć cukier? – spytała zgryźliwie, mając powoli dość nieco nadpobudliwej dziewczyny. Agnieszka podrygiwała nerwowo, jak gdyby chciało jej się siusiu.
- Przyszłam się przywitać z nową sąsiadką.
- Zawsze to robisz? – „czuję się jak w tanim filmie rodzinnym”, pomyślała Zuzia. Zdjęła z parapetu wypalonego wcześniej do połowy papierosa i odpaliła go, nie spuszczając wzroku z dziewczyny.
- Nie, poczuj się wyjątkowa – uśmiechnęła się tamta, jakoś tak inaczej niż wcześniej. W grymasie zabrakło dawnego, irytującego entuzjazmu i pojawiła się nuta zadumy. Zuzia zatrzymała dłonie z zapalniczką przy papierosie. Agnieszka mrugnęła tylko zaczepnie i odeszła, podążając wąską, wysypaną żwirem ścieżką w kierunku furtki wyjściowej.
Zuza nie cierpiała szkoły. Zwłaszcza liceum. Nienawidziła tego ciągłego wyścigu szczurów, jaki przyszło obserwować jej na boiskach wśród płci męskiej i na holach, u przemądrzałych panienek. Matka mogła przekonywać ją godzinami o tym, że gdańska szkoła okaże się lepsza od poprzedniej, jednak Zuzia dobrze wiedziała, że wszędzie jest podobnie. Bez względu na to czy będzie się afiszować ze swoją orientacją. Inaczej: nie wstydzić jej, jak było w gdyńskim liceum, przez co należała do grona potępionych. Stołówka szkolna przypominała te znane jej z amerykańskich filmów; istniały wyraźne podziały na grupy społeczne. A więc dziewczęca drużyna siatkówki, męska koszykówki, tak zwane „plastiki” – blondwłose, sztucznie opalone, roznegliżowane fanki „playboyów”, czyli tych chłopaków, którzy najbardziej kocili nowych, używali najwięcej żelu i trzy czwarte czasu spędzali na siłowni. Ponad to fani techno i hip hopu kontra metalu, rocka, gotyku i pochodnych oraz „lamusy” – ci, którzy nie byli wystarczająco dobrzy na miano plastika/playboya jednak robili wszystko, aby stać się jednym z nich. Ostatnia grupa to właśnie wyrzutkowie – „potępiani”. Osoby najbardziej dręczone przez sportowców i szkolnych „szpanerów”, codzienne obiekty drwin, wyzwisk lub czasami nawet przemocy, albo po prostu samotnicy lub "kujony".
Każda szkoła była taka sama. Bez względu na to czy podstawowa, gimnazjalna, licealna czy wyższa – podziały istniały, istnieją i zawsze będą istnieć. Zuzanna nie potrafiła zidentyfikować się z jakąkolwiek grupą poza potępionymi właśnie. Lubiła cięższą muzykę, jednak sama w sobie kultura tak złośliwie zwanych „ludzi mroku” odrażała ją. Właściwie, to wszyscy ludzie ją odrażali.
Zuzanna spojrzała z westchnieniem w lustro. Od kilku dni nie potrafiła ujarzmić bałaganu, który pojawił się na jej głowie od czasu nieszczęsnego zaśnięcia przy oknie; każdy włos stał w inną stronę. Zniechęcona, założyła w końcu na głowę wąską opaskę, czym spłaszczyła najbardziej ostający fragment i przyjrzała się swojemu odbiciu. Nie była klasyczną pięknością, jednak należała do dziewczyn, za którymi uganiali się chłopcy dopóki nie zostali poinformowani, że jest wariatką.
Godzinę temu powinna być w nowej szkole, poznać nową klasę, dostosować sie do nowych zasad, przyzwyczaić do nowych obelg. Matka już dawno zaniechała prób odprawienia córki do placówki edukacyjnej; czuła się zresztą zbyt zmęczona psychicznie tym całym wyjazdem i rozwodem, by kłócić się z nastolatką w okresie buntu. Zuza poprawiła ostatni raz obcisłą, czarną koszulkę ze srebrnymi konturami nagiej, zgrabnej kobiety i zarzuciła na ramię torbę z rysunkiem uśmiechniętej, żółtej piłeczki.
Droga do szkoły wydawała się jeszcze bardziej toporna, niż sama myśl o tym, że Zuza musi się w niej znaleźć. Gdy jednak stanęła już przed ciężkimi, oszklonymi drzwiami znanymi jej tylko z opowieści matki, która zapisała córkę, nerwy zupełnie Zuzię opuściły. Jak każdego innego dnia w szkole, stała się otępiała i obojętna. Przechodząc przez wąskie przejście między dwoma parami drzwi, wysłała coś na wzór uśmiechu mężczyźnie pilnującemu wejścia i stanęła na środku ogromnego holu. Podłoga wyłożona była wyraźnie wypastowanym kilka przerw wcześniej linoleum, pasującym kolorem jasnego brązu do kremowych ścian. Farba była jednak niemalże niewidoczna spod licznych kartek, gablot i plakatów, na które nie zwróciła większej uwagi. Zuzanna skupiła się raczej na tym, gdzie się udać; naprzeciw niej, na końcu holu znajdowały się schody, po ich bokach dwa inne korytarze. Po chwili zauważyła jednak, że po jej prawej stronie - wśród białych drzwi sal lekcyjnych - znajdują się również dwie pary brązowych: Dyrekcja oraz Sekretariat. Czując się co najmniej nieswojo, udała się do tego drugiego.
- Dzień dobry, Zuzanna Jagielska, jestem…
- Tak, tak, kochana! Jesteś tą nową z Gdyni! – za obszernym biurkiem siedziała jeszcze bardziej potężna kobieta o wyrazie twarzy babci karmiącej gołębie w parku. Biło od niej tak wielką dobrodusznością, że Zuzia nie potrafiła się nie uśmiechnąć.
- Dokładnie – skinęła głową, nie pytając już nawet o to, jak kobieta do tego doszła. – Chciałabym zapytać gdzie mogę dostać swój plan lekcji…
- Poczekaj chwilkę, zaraz znajdę. Jeszcze raz nazwisko?
- Jagielska, Zuzanna.
- Trzecia „ha”! Kochanie, zaczęłaś lekcje dwie godziny temu!
- Upss… - uśmiechnęła się Zuzia, niespecjalnie poruszona. Sekretarka pokręciła głową z wyrazem twarzy przedszkolanki; absolutnie nie pasowała do zuzannowej wizji tej szkoły. Spodziewała się opryskliwego personelu, dzień zaczął się jednak całkiem przyjemnie. Pożegnała się z przemiłą kobietą i wyszła z powrotem na opustoszały, kremowy hol.
Świstek papieru, który dała jej sekretarka, przedstawiał tabelę całego tygodnia męczarni Zuzy. Wszystko wskazywało na to, że ominęła ją pasjonująca lekcja języka angielskiego oraz matematyki, czego w duchu niesamowicie, ironicznie rzecz ujmując, żałowała. Kolejna godzina lekcyjna to język polski w Sali sto trzynaście. Zuzia spojrzała na pierwsze lepsze, białe drzwi. Głosiły: dwadzieścia sześć.
- Witaj, chodzenie po schodach! – jęknęła, puszczając torbę na ziemię. Chwyciła ręką jej pasek i pociągnęła ją za sobą, z satysfakcją stwierdzając, że jedyna zawartość – jeden zeszyt – obija się głośno o schody.
Piętro powitało ją różowymi ścianami oklejonymi kolorowymi plakatami wyborczymi.
- "Głosuj na Zawadzką!", "głos na mnie to głos na Ciebie!" - przeczytała, z uniesionymi wysoko brwiami, zawartość dwóch pierwszych plakatów. – Pieprzone wybory… - dodała sceptycznie, po czym podeszła do drzwi z przyklejonym nań, czarnym numerem "113". Oto numer jej śmierci. Jej udręki. Jej apokalipsy.
- Dobry wieczór – powiedziała, gdy przekroczyła już wrota piekieł. W niewielkiej, bardzo jasno oświetlonej Sali z białymi jak w szpitalu ścianami, zapadła cisza. Wszystkie - około trzydzieści - spojrzeń skupiło się na niej, włącznie ze wzrokiem wysokiego, anorektycznie chudego nauczyciela. Zuzie rzuciła się w oczy jego łysina na czubku głowy i odstające uszy – już wiedziała, że go nie polubi. Drażnili ją łysiejący mężczyźni, z reguły byli zboczeńcami, tak twierdziła.
- Dzień dobry – odpowiedział Uszaty flegmatycznie, z naciskiem na „dzień”. Zuzanna nie zwracała już jednak na niego najmniejszej uwagi; skupiła się na koku z wpiętym weń żółtym kwiatem, którego właścicielka siedziała w ostatniej ławce i uśmiechała się do niej bezczelnie.
Muffinka 2/12/2009 23:30:23 [Powrót] Zrecenzuj
złapałam 333. PV. :D
jezusowa. 8/12/2009 19:45:27
| brak www IP: 83.22.38.248
obyś nie zrobiła z tego banalnego opowiadania, bo zapowiada się naprawdę ciekawie.
wręcz baardzo.
jezusowa. 5/12/2009 20:51:17
| brak www IP: 83.22.0.10
Jestem niesamowicie zadowolona z tego, że podesłano mi adres tego bloga. Już od samego początku czułam podświadomie, że będzie to lektura godna uwagi. I nie myliłam się.
Bardzo podoba mi się Twój styl. Jest płynny, nie irytuje i po prostu chce się czytać dalej.
Budowanie charakteru Zuzanny jest genialne. Powoli, jasno tłumaczysz dlaczego ma takie, a nie inne podejście do życia i poglądy. I pomimo tego, że sprawia ona wrażenie socjopaty, nie potrafię jej nie lubić. Bo za bardzo mi przypomina pod wieloma względami mnie samą ;)
Jest coś pięknego w odkrywaniu wartościowego opowiadania na ciekawy, bezpośrednio dotyczący kogoś temat. Cóż mogę powiedzieć? Już masz we mnie stałą czytelniczkę i z niecierpliwością będę oczekiwać na kolejne rozdziały.
Pozdrawiam i życzę weny
Foxglove
Foxglove 3/12/2009 20:32:57
| brak www IP: 83.22.16.90
Ma tupet -nie ma co;D
ale jak dla mnie to dobrze. mam nadzieje ze Zuza nie zaprzyjazni sie z ta dziewczyna "od zoltego kwiata"?;/- bo wtedy bys zrobila typowy watek "nie lubie jej ale sie zaprzyjaznie"
no i do jakiej grupy dolaczy?
czekam na dalsze notki
a obecna jest bardzo fajna;)
Pzdrawiam i zycze weny;*
Inna 3/12/2009 15:46:25
| brak www IP: 83.142.201.146
"nawilżała szkło otwartymi ustami. " Skoro Zuzia miała do szyby przytknięty policzek, to jak dodatkowo nawilżała szybę ustami? Chyba chodziło ci o powietrze wydobywające się z ust? Nie wiem...ale nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Zwykle podtrzymywana wsuwką na skosie grzywka sterczała teraz do góry, tworząc nieco skojarzenie z Elvisem Prasley'em. Hm...nie wiem po co ci tutaj "nieco", mnie nie pasuje. Chociaż to nie jet błąd.
Matka mogła przekonywać ją godzinami o tym, że gdańska szkoła okaże się lepsza od poprzedniej jednak Zuzia dobrze wiedziała, że wszędzie jest podobnie. przed "jednak" przecinek.
Bez względu na to czy będzie się afiszować ze swoją orientacją. przed "czy" też przecinek...ale to tylko "chyba"
Ostatnia grupa to właśnie wyrzutkowie chyba wyrzutki...
Bez względu na to czy podstawowa, gimnazjalna, licealna czy wyższa przed "czy" przecinek
Lubiła cięższą muzykę, jednak sama w sobie kultura tak złośliwie zwanych „ludzi mroku” odrażała ją. Właściwie, to wszyscy ludzie ją odrażali. Samo słowo odrażali jest jakieś dziwne...na mozilli ukazał mi się jako błąd. Poza tym jak piszesz, że "odraża" ja muzyka, to potem lepiej będzie, gdy napiszesz, że "odrażało" ją wszystko. W przypadku tych dwóch zdań wychodzi na to, ze muzyka to też jakiś rodzaj człowieka. mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi.
Sekretarka pokręciła głową z wyrazem twarzy przedszkolanki; absolutnie nie pasowała do Zuzannowej wizji tej szkoły. Chyba zuzannowej z małej litery.
Podsumowanie - nie robisz normalnych błędów. Zazwyczaj po prostu nie trafiał do mnie sens za pierwszym razem. Czasami odnosze wrażenie, że używasz specyficznego języka neologizmów, które czasami ubarwiają, a czasami przeszkadzają. Ale jest dobrze.
Nie powiem wiele o tej notce. podobała mi się. Nie czytam nawet tego opowiadania ze względu na temat, ale ten "inny" klimat. Sam fakt, że przyjemnie się czyta. Co z fabułą? Zobaczymy potem...
Alette 3/12/2009 15:46:02
| http://hippeastrum.blog4u.pl IP: zalogowany
szkoda, że się nie wstrzymałam jeden dzień z tą oceną ^^ chociaż nadal mnie to nie satysfakcjonuje, ale rozkręcaj się, rozkręcaj. ;)
lamusy-oceniaja 3/12/2009 15:27:25
| brak www IP: 77.254.171.28
nieee.. :((
zaczytałam i się i nagle bęc, koniec.
Chcę więcej! :P
super . ;***
.whitesmile. 3/12/2009 14:31:56
| brak www IP: 87.206.104.63